Chrześcijański Tydzień Społeczny 


  • CHTS

    CHRZEŚCIJAŃSKI
    TYDZIEŃ SPOŁECZNY

    Spotkanie, dialog na rzecz wspólnego dobra

  • CHTS

    CHRZEŚCIJAŃSKI
    TYDZIEŃ SPOŁECZNY

    Spotkanie, dialog na rzecz wspólnego dobra

  • CHTS

    CHRZEŚCIJAŃSKI
    TYDZIEŃ SPOŁECZNY

    Spotkanie, dialog na rzecz wspólnego dobra

  • CHTS

    CHRZEŚCIJAŃSKI
    TYDZIEŃ SPOŁECZNY

    Spotkanie, dialog na rzecz wspólnego dobra

  • CHTS

    CHRZEŚCIJAŃSKI
    TYDZIEŃ SPOŁECZNY

    Spotkanie, dialog na rzecz wspólnego dobra



III CHRZEŚCIJAŃSKI TYDZIEŃ SPOŁECZNY

Niezależny i samorządny Naród
Polskie społeczeństwo XXX lat po powstaniu "Solidarności".

5-7 listopada 2010. Sala BHP Stoczni Gdańskiej

DZIEŃ PIERWSZY - 5 LISTOPADA 2010



Prof. Rocco Buttiglione

Freedom and solidarity for the common good - polish challenges
Chrześcijanie a demokracja. Wyzwania współczesności


Gdansk 5 listopada 2010

Panie Prezydencie Rzeczypospolitej, Ekscelencjo Księże Prymasie, Eminencje, Ekscelencje, szanowni Przedstawiciele władz cywilnych i wojskowych, Panie i Panowie

Jako przedstawiciele polskich katolików zgromadziliście się tu dzisiaj, aby zastanowić się nad drogą wolności i solidarności w budowaniu wspólnego dobra. Ja pragnąłbym wnieść do waszej dyskusji wymiar europejski. Będę więc mówił o wyzwaniach, przed którymi stoją dziś chrześcijanie w państwach demokratycznych, a także o zadaniach dla samej demokracji.

Chciałbym tu przedstawić inne niż zwykle podejście do tego tematu. Na ogół zastanawiamy się, co chrześcijanie powinni zrobić, by dostosować się do demokracji, w jaki sposób w ramach systemu demokratycznego powinni zrewidować swoje zachowania społeczne. W sposób radykalny pytanie to zadali przedstawiciele moralnego relatywizmu, często (chociaż niesłusznie) odwołujący się do wielkiego urodzonego w Austrii filozofa angielskiego Karla Rajmunda Poppera.

Ich zdaniem relatywizm moralny jest wpisany implicite w demokrację, gdzie nie ma  żadnych określonych z góry i pewnych wartości. Nie może więc także głosić ich polityka. W ten sposób wszystkie wartości i wszystkie koncepcje świata są tak samo równorzędne i tak samo pozbawione znaczenia. Kto wyznaje jakieś wartości, kto ma jakieś pewniki moralne nie może być dobrym obywatelem demokratycznego państwa. Siłą rzeczy bowiem będzie starał się narzucić innym swoje pewniki. Jest nosicielem wrodzonych skłonności do autorytaryzmu a nawet totalitaryzmu. Chrześcijanie mają pewniki moralne i właśnie dlatego w demokracji jest to co najmniej podejrzane. Zastanówmy się wobec tego: w jaki sposób chrześcijanie mogą bronić praw tych, którzy nie myślą jak oni?

Tam, gdzie nie ma pewników i gdzie na tej samej płaszczyźnie znajdują się wszystkie koncepcje świata, nie można ani dyskryminować ani uprzywilejowywać żadnej z nich. Bo dlaczego w naszych szkołach powinniśmy wieszać krzyż, a nie symbole religijne buddyzmu czy islamu? Jak wiecie, to nie jest kwestia tylko teoretyczna. To sprawa, którą wniesiono ostatnio do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Jakie zachodzą więc relacje pomiędzy narodem a chrześcijaństwem, które wielu uważa za konstytutywny element tożsamości narodowej? To samo pytanie można postawić w inny, bardziej radykalny sposób: co w takiej sytuacji dzieje się z narodem, uznającym określone narodowe wartości?

Wciąż dyskutuje się o prawie do aborcji. Niektórzy uważają, że płód jest istotą ludzką i ma prawo korzystać z ochrony prawa. Inni natomiast twierdzą, że to po prostu komórki, będące częścią ciała matki. Czy jednak nie jest sprzeczne z demokracją narzucać własne przekonania innym, wykorzystując do tego celu narzędzie, jakim jest prawo? Czy nie lepiej, aby ten, kto chce dokonać aborcji, mógł to zrobić, a ten kto nie chce, mógł jej nie przeprowadzać?

Inna kwestia na porządku dziennym to prawo do małżeństwa. Czy to nie dyskryminacja zawężać małżeństwo tylko do związku osób o skłonnościach heteroseksualnych, z wykluczeniem homoseksualistów? Czy zasada niedyskryminacji nie wymaga uznania również małżeństw homoseksualnych?

Spróbuję tu odpowiedzieć na te pytania, a na koniec zaproponować inne jeszcze podeście do całego problemu.

1. Czy chrześcijanin może bronić praw tych, którzy nie myślą, jak on?

Argument, że przekonanie o posiadaniu wiedzy absolutnej skłania do tego, by uznać, że mamy prawo narzucić innym własne przekonania nie jest pozbawiony podstaw. Został on sformułowany przez Karla Poppera jako argument polemiczny wobec nazizmu i komunizmu. Charakterystyczne dla obu ideologii przekonanie o posiadaniu wiedzy o ewolucji społecznej pozwalało im ignorować prawa tych, którzy myślą inaczej. Integralizm islamski też może być przykładem analogicznie fanatycznej postawy. Niewierni nie mają żadnych praw.

Domniemanie antydemokratycznych postaw dotyczy wszystkich religii, w szczególności zaś chrześcijaństwa. To jednak zależy od treści pewników. Jeżeli pewnikiem jest, że każda osoba ludzka ma wartość nieskończoną i że Bóg pragnie by każdy człowiek żył w prawdzie i właśnie dlatego wymaga, by prawda została przez człowieka dobrowolnie wybrana, to wówczas nasz pewnik religijny nakłada na nas obowiązek poszanowania wolności drugiego człowieka. Nie można narzucić prawdy. Co najwyżej można narzucić hipokryzję. Aby więc uszanować wolność drugiego człowieka nie muszę nie mieć pewników. Bo właśnie z pewnika prawdy rodzi się obowiązek poszanowania wolności drugiego człowieka. W ten sposób bronię prawa drugiego człowieka do wolnego poszukiwania prawdy, a więc także do popełnienia błędu na drodze tych poszukiwań. Pod tym względem Voltaire jest bardzo chrześcijański: zdecydowanie zwalcza błąd adwersarza, ale gotów jest oddać życie w obronie prawa tegoż adwersarza do popełnienia błędu.

Czyżbyśmy więc mówili tu o dwóch różnych podstawach demokracji: sceptycyzmie i przekonaniu o godności osoby ludzkiej? Moim zdaniem tak nie jest. Jeżeli nie istnieje żadna prawda, to po co mam szanować godność i wolność drugiego człowieka, nie depcząc jej za każdym razem, kiedy mogę to zrobić bez żadnego ryzyka? Dlaczego politycy nie mogą ulegać korupcji, kłamać, uciekać się do podstępu a nawet siły, żeby zrealizować swoje zamierzenia i zwiększyć swoją władzę? To pytanie leży u podstaw "Republiki"- filozoficznego arcydzieła Platona. Przekonanie o istnieniu porządku wartości obiektywnych jest pierwszą i najważniejszą granicą, jaką można wyznaczyć swobodzie rządzących. To nie przypadek, że korupcja stała się być może głównym problemem naszych demokracji.

Również Immanuel Kant myślał podobnie, wprowadzając (i kontynuując tym samym długą tradycję sięgającą św. Tomasza z Akwinu) swoje słynne rozróżnienie na moralność i prawo. Wiele rzeczy moralnie złych nie może być zakazanych przez prawo, bo uniemożliwiłoby to dokonanie wolnego wyboru dobra. Zakaz prawny musi tym samym wynikać z konieczności zapewnienia wspólnego dobra danej społeczności, a nie jedynie dobra moralnego jednostki (do którego - jak pokazaliśmy - nie można dążyć w ten sposób). Powtórzmy więc raz jeszcze zasadę podstawową: chrześcijanin nie staje w obronie prawa do błędu (bo takie nie istnieje), ale w obronie praw drugiego człowieka, który ma prawo popełniać błędy, nie będąc onieśmielony groźbami, i którego należy przekonać do prawdy na drodze rozumowej argumentacji. W tradycji polskiej zasada ta została wyrażona bardzo trafną formułą, która dziś jest dewizą Uniwersytetu Jagiellońskiego: plus ratio quam vis: prawda może obronić się i upowszechnić nie racją silniejszego, ale siłą swej racji.

2. Czy krzyż wiszący w szkole publicznej to dyskryminacja wyznawców innych religii?

Człowiek jest niewątpliwie istotą społeczną, świadomą swojej historii. Nikt z nas nie zrodził się sam z siebie. Dar życia otrzymaliśmy od ojca i matki, a dojrzewaliśmy w rodzinie, wśród sióstr i braci. Jesteśmy też członkami rodziny rozumianej szerzej: jako mieszkańcy jakiejś wsi, miasta, czy regionu, kraju, Europy i wreszcie - członkami rodziny ludzkiej. Tak jest nie tylko z punktu widzenia biologii ale też psychologii i kultury. Nasza osobowość zostaje ukształtowana we wszystkich tych sytuacjach, a przede wszystkim w sytuacji rodziny.

Zygmunt Freud twierdził, że dziecko w chwili narodzin jest wiązką popędów i pragnień. W relacji z ojcem i matką, w procesie wychowania, dziecko poznaje zasady ekwiwalentnej wymiany i dowiaduje się, że nie może po prostu brać tego, co mu się podoba, ale ma także obowiązek szanować to, co należy do innych i dawać coś w zamian za to, co pragnie otrzymać. W ten sam sposób człowiek poznaje logikę daru. Na takich fundamentach opiera się konkretna kultura każdego człowieka. Człowieczeństwa uczymy się zawsze w sposób konkretny, w kontekście pewnej tradycji rodzinnej i narodowej. Prawda o człowieku jest jedna, ale sposób, w jaki dochodzimy do niej, jest różny w różnych kulturach. W Polsce jak i w całej Europie nasze człowieczeństwo ukształtowane zostało w kontekście chrześcijaństwa. To właśnie wiara pozwoliła wielu rodzinom i całym narodom przejść próbę historii nie poddając się desperacji. Przez doświadczenie krzyża Chrystusa historia narodu staje się historią zbawienia. Historia wszystkich narodów nie zawsze jest taka sama. A więc i relacja, jaka zachodzi między chrześcijaństwem a historią poszczególnych narodów jest różna. W przypadku niektórych narodów rola chrześcijaństwa jak dotąd jest względnie mniejsza niż w przypadku mieszkańców Zachodu. Ważne jest jednak również, że nasza zachodnia tożsamość nie została ukształtowana tylko przez chrześcijaństwo.

Duży wkład w historyczny proces kształtowania naszej tożsamości wniósł także judaizm oraz tradycja świecka, od Sokratesa po prawo rzymskie. To, co mówię to nie dogmatyka, lecz wywód historyczny. Historia naszych narodów splata się z historią Kościoła w taki sposób, że nie jest możliwe zrozumienie jednej, jeżeli nie zna się drugiej. Podobnie historia naszej kultury splata się z historią kultury chrześcijańskiej. Weźmy na przykład takie arcydzieło literatury amerykańskiej, jak "Moby Dick". Pierwsze słowa tej powieści brzmią: "Imię moje Izmael". Izmael to w Księdze Rodzaju syn Abrahama, razem z matką o imieniu Hagar, wygnany na pustynię. Oddalonego, by nie stanął na drodze Izaaka, Izmaela nie opuściło jednak miłosierdzie Boże. Ocalony przez anioła, również i on staje się ojcem narodów i do pewnego stopnia - chociaż nie należy do ludu Bożego - spadkobiercą obietnicy uczynionej przez Boga swojemu ludowi. Kto nie zna Biblii, temu obca jest złożona symbolika powieści Melville'a. "Moby Dick" kończy się nawiązaniem do słów posłańca, który przybywa do Hioba, by ostrzec go przed napaścią Sabejczyków "ja sam uszedłem, by ci o tym donieść". Bez znajomości Biblii nie można zrozumieć Moby Dicka, podobnie jak nie można zrozumieć innych archetypów kultury zachodniej. I to odnosi się również do tych, którzy uważają się za niewierzących. Archetypy literackie, ikonograficzne, czy muzyczne są mają konstytutywne znaczenie dla naszej tożsamości kulturowej. Dlatego też trzeba, by znalazło się dla nich miejsce również w przestrzeni publicznej. Tym bardziej, że przemawiają one również do niewierzących, bo przecież wiele arcydzieł kultury "świeckiej" to próby przepracowania tych właśnie archetypów. Przy pełnym poszanowaniu wolności religijnej jest też oczywiste, że archetypy te mają w przestrzeni publicznej ważniejszą rolę niż archetypy wywodzące się z innych religii. Jest jak najbardziej słuszne, by również symbole innych religii znalazły miejsce w przestrzeni publicznej. Trzeba jednak brać pod uwagę różne znaczenie, jakie poszczególne tradycje religijne mają w kulturze narodowej, w sposób oczywisty różnej w Turcji i w Polsce.

Dzisiejsza ofensywa przeciwko obecności symboli chrześcijańskich w przestrzeni publicznej zakłada przestrzeń publiczną całkowicie pozbawioną symboli religijnych. Taką ofensywę jednak napędza wcale nie dbałość, by zapewnić równość poszczególnych religii, lecz chęć wyeliminowania jakiejkolwiek religii ze sfery publicznej. Chodzi o to, by usankcjonować zanik społecznego znaczenia religijności, która jest traktowana jako zjawisko rezydualne. Uważa się, że państwo nie potrzebuje religii i wobec tego jej symbole należy usunąć. Te próby nie są jednak wcale wynikiem troski o świecki charakter państwa. Analizując przykład ojców założycieli Stanów Zjednoczonych Ameryki widzimy, że byli oni przekonani, iż państwo, aby funkcjonować, potrzebuje cnót obywatelskich, których samo nie jest w stanie wytworzyć. Cnoty te generują natomiast kultura i religia. Państwo nie wie, która z religii jest prawdziwa i wobec tego żadnej z nich nie uprzywilejowuje. Szanuje natomiast wszystkie, uznając ich rolę społeczną, w stopniu zależnym rzecz jasna od ich rzeczywistej obecności w życiu danej wspólnoty.

Jeżeli przyjąć model wykluczający wszystko, co religijne z przestrzeni publicznej, dojdziemy do paradoksalnej sytuacji, kiedy w kraju, gdzie jest wiele różnych religii, przestrzeń publiczna będzie całkowicie ateistyczna. Wobec tego tylko ateiści będą mogli czuć się w tej przestrzeni wygodnie. Znacznie lepszym rozwiązaniem wydaje się więc uznać prawo wszystkich religii do obecności w sferze publicznej na równych prawach, choć oczywiście w różnym wymiarze, w zależności od specyficznej historii poszczególnych narodowych kultur.

Lekceważenie wymiaru historycznego religijności, o którym wspomnieliśmy wcześniej, będzie nie tylko ze szkodą dla religii, ale uniemożliwi także zrozumienie rzeczywistości kulturowej i duchowej narodu.

Istnieją związki historyczne między kulturą a terytorium i Europa naznaczona jest związkami z chrześcijaństwem. Jesteśmy obecnie świadkami licznych migracji. Nie chcemy jednak wcale, by imigranci rezygnowali ze swojej kultury, ani tym bardziej nawracali się na naszą religię. Tym niemniej mamy prawo oczekiwać, że przybysze, zachowując własną kulturę, przyjmą również i naszą, i że będą darzyli ją szacunkiem i miłością. Czy można zrozumieć i pokochać kulturę inną niż kultura, w jakiej się urodziliśmy? Oczywiście, że można. Potrzeba tylko taktu, wrażliwości i szacunku. Jeżeli jednak kogoś ranią nasze symbole religijne i symbole naszej kultury, jeżeli nienawidzi naszego stylu życia, to chyba lepiej, by nie próbował wśród nas zamieszkać. I on będzie szczęśliwszy, i my też. Oparty na relatywizmie etycznym model społeczeństwa nie znalazł akceptacji. Nie powiedziałbym, że wielokulturowość jest błędem. Do spotkania różnych kultur jednak powinno dochodzić na drodze dialogu na temat prawdy o człowieku. Bez prawdy o człowieku nie ma żadnej możliwości dialogu między różnymi kulturami tak, jak nie może być mowy o ich ewolucji. Relatywizm etyczny, podobnie jak inspirowana nim wielokulturowość, stawia nas przed fałszywą alternatywą: możemy wybrać albo model społeczeństwa składającego się z odizolowanych jednostek bez kultury, bez historii i bez przynależności narodowej, albo społeczeństwo, w którym różne kultury żyją jedna obok drugiej, nie komunikując się między sobą, aż do chwili, kiedy w sposób nieunikniony wybuchnie konflikt. Musimy natomiast zbudować obywatelską przestrzeń współżycia. A to jest możliwe tylko wychodząc od dialogu o prawdzie człowieka.

3. Kwestia aborcji odegrała zasadniczą rolę w dyskusji o chrześcijaństwie i demokracji w ostatnich latach XX wieku i dobrze znamy podnoszone w niej argumenty.

Niektórzy uważają, że płód jest człowiekiem i jako taki jest podmiotem praw, a w tym przede wszystkim prawa do życia. Inni natomiast uważają, że tak nie jest. Płód, nie będąc osobą, stanowi tylko część lub apendyks ciała matki, która wobec tego może dowolnie nim rozporządzać. Tutaj zajmiemy się tą dyskusją tylko z punktu widzenia logiki przytaczanej argumentacji. Fakt występowania różnic poglądów w kwestii aborcji stanowi podstawę wprowadzenia zakazu powstrzymywania przed tym, co zdaniem niektórych powinno być dozwolone. W tym przypadku więc przedmiotem dyskusji publicznej nie są opinie. Nie chodzi ani o to, by udowodnić ich prawdziwość ani nawet o to, by podać argumenty na jej rzecz. Kto jednak, opowiadając się za jednymi, sprzeciwia się innym opiniom, automatycznie naraża się na zarzut braku tolerancji. Wydaje się oczywiste, że gdyby tak było we wszystkich dziedzinach życia, nigdy nie można by było niczego zabronić.

Rozważmy teraz aspekt zabójstwa. Jeżeli ktoś uważa, że dziecko poniżej pierwszego roku życia nie jest jeszcze osobą (a w rzeczywistości różnica między płodem a niemowlęciem jest niewielka) karanie dzieciobójstwa jest przejawem nietolerancji. Tym niemniej przerwanie życia płodu nie jest czynem tylko prywatnym, a ma znaczenie publiczne. Kto więc zamierza tego dokonać, powinien usprawiedliwić się wobec całej społeczności, do której należy. Czy jednak argumentując w ten właśnie sposób, nie zaprzeczamy równocześnie wskazanej zasadzie, że nie można narzucać prawdy, do której powinno dochodzić się na drodze wolności? Nie zaprzeczamy jej dlatego, że to nie wolność myślenia (na przykład, że płód nie jest osobą) stoi tu pod znakiem zapytania. Tutaj chodzi o wolność zabicia drugiego człowieka. Prawo nie zakazuje myślenia. Nie wolno natomiast zabijać. Nie da się zakazać wolności myślenia, ale przepisy prawa zakazują czynów przez nas uważanych za słuszne, gdy stoją w sprzeczności z prawami drugiej osoby. Kiedy w grę wchodzi inny podmiot, wychodzimy ze sfery moralności i wkraczamy w sferę przepisów prawa. Nawet jeśli nie wierzę, że płód jest osobą, nie do mnie należy decyzja w tej kwestii. O tym, czy płód jest osobą decyduje nie indywidualne przekonanie, lecz prawo. Tym samym, nie zakładając a priori, że prawdą jest, iż płód to w rzeczywistości dziecko, wskazałem dlaczego fałszywa jest teza, iż decyzja w tej materii to tylko sprawa jednostki, a państwo nie może w tym względzie niczego zakazać. Gdziekolwiek wykraczamy poza sferę czysto subiektywną, państwo ma prawo (a często i obowiązek) interweniować.

Przyjmijmy teraz założenie, że nie ma żadnych decydujących dowodów na rzecz jednej lub drugiej hipotezy. Co wówczas z naszym prawem do podejmowania decyzji? W wielu kwestiach, które dotyczą wspólnego dobra nie mamy żadnej pewnej wiedzy a priori. Musimy więc podejmować decyzje ufając najbardziej prawdopodobnej opinii lub, w każdym razie opinii, której skutki wydają się mniej szkodliwe. W tym przypadku wydaje się oczywiste, że ostrożność nakazuje zachowanie płodu przy życiu. Aby pozbawić go życia, trzeba być absolutnie pewnym, że nie jest to życie ludzkie. Dla zachowania płodu przy życiu wystarczy więc, że mamy w tym względzie wątpliwość.

Na tym przykładzie widać, jak możemy potwierdzić ideę prawdy, nie pretendując przy tym, iż mamy ją w kieszeni. Twierdzić, że prawdy nie ma, to jedno. Druga rzecz to powiedzieć, że prawdę nie zawsze znamy, lub że nie znamy jej w całej pełni. I wtedy podjęcie decyzji powinna poprzedzać dyskusja, której uczestnicy podnieśliby argumenty na rzecz tego fragmentu prawdy, którego doświadczyli w życiu. W końcu zaś trzeba dokonać syntezy takiej dyskusji i wyciągnąć z niej wnioski, jeżeli to będzie konieczne także w drodze głosowania. Co jednak, jeżeli wynik głosowania będzie błędem? Demokracja wcale nie zakłada, że większość ma zawsze rację. Niekiedy większość się myli. Demokracja polega jednak i na tym, że żadne głosowanie nie jest definitywne. Zawsze można na nowo rozważyć kwestię i podjąć decyzję inną niż wcześniej. Demokratyczne zasady nakazują wierzyć, że jeśli politycy przedstawią w sposób prawidłowy dyskutowaną alternatywę, kiedy ukażą zalety i wady podejmowanych decyzji, większość dokonywanych wyborów będzie słuszna. W przypadku podjęcia w drodze głosowania niesłusznej decyzji wina leży po stronie tych polityków, którzy nie potrafili przekazać głosującym właściwych informacji, lub nie umieli uzmysłowić im należycie znaczenia dyskutowanej kwestii.

4. Inną kwestią, która często przytaczana jest po to, by ukazać nieracjonalność i dogmatyzm chrześcijan, jest kwestia małżeństw homoseksualnych.

Osoby o skłonnościach heteroseksualnych mają prawo usankcjonować swój wybór, dokonany z pobudek emocjonalnych, wstępując w związek małżeński. Dlaczego osobom o skłonnościach homoseksualnych odmawiać takiego prawa?

Odpowiedź na to pytanie ma związek z bardziej ogólną kwestią praw osób homoseksualnych. Ustalmy więc na początek kilka zasad.

Zgodnie z zasadami moralności chrześcijańskiej skłonności homoseksualne jako takie nie są złem. Skłonności seksualne to fakt, za który osoba nie ponosi żadnej moralnej odpowiedzialności. Czym innym natomiast jest uleganie homoseksualnym skłonnościom. To z punktu widzenia zasad moralności zło obiektywne. Ciało każdego z nas wyposażone jest w organy jednej lub drugiej płci. Wynikające z naszej płciowości pragnienie macierzyństwa lub ojcostwa jest najlepszą okazją, jaką mamy, by poznać sens życia jako daru. Jeżeli człowiek traci tę okazję w wyniku zaburzenia dynamiki płciowości, jego rozwój osobniczy jako członka pewnej wspólnoty napotyka na szereg trudności. Z tych właśnie powodów katechizm Kościoła katolickiego naucza, że "akty homoseksualizmu z samej swojej wewnętrznej natury są nieuporządkowane". Czy to oznacza, że wszyscy homoseksualiści to grzesznicy? Nie koniecznie.

Grzech to czyn wewnętrznie nieuporządkowanym (akt homoseksualizmu jest także wewnętrznie nieuporządkowany). Grzech jednak to również czyn świadomy i dobrowolny. Określenie "czyn świadomy" zakłada, że osoba musi wiedzieć i uznać jej czyn jest złem. Jeżeli, będąc w dobrej wierze, nie uznajemy, że nasz czyn jest błędny, pozostajemy bez winy. Jednak Conscientia erronea obligat. Człowiek podejmuje działania zgodnie ze swoim sumieniem nawet, kiedy owo sumienie jest w  błędzie. W przypadku grzechu ponadto jest konieczne, aby czyn popełniony był dobrowolnie: to znaczy, aby osoba nie była poddana presji emocjonalnej tak silnej, że mogła by ona obniżyć lub całkowicie znieść jej odpowiedzialność.

Katechizm Kościoła katolickiego ocenia negatywnie czyny homoseksualne, lecz powstrzymuje się od potępienia osób, ponieważ sumienie człowieka zna tylko Bóg i (w stopniu ograniczonym) sam człowiek a ewentualnie spowiednik.

Chrześcijanie nie pogardzają i nie nienawidzą homoseksualistów, ani też nie oceniają ich sumień. Zresztą, nawet jeśli osoba byłaby świadoma, iż postępuje źle, nikt nie ma prawa być tym, który pierwszy rzuci w nią kamieniem. Wszyscy jesteśmy grzesznikami i potrzebujemy miłosierdzia.

Zdarza się jednak obecnie, że usiłuje się zabronić myśleć, iż homoseksualizm jest nieuporządkowaniem moralnym, a nawet uważa się, że być uważanym za "grzesznika" to obrazą nie do zaakceptowania. Odrzucenie kondycji grzesznika jest przejawem całkowitego niezrozumienia kondycji ludzkiej.

Zwrócić uwagę na błąd drugiego człowieka  nie jest równoznaczne z podkresleniem własnej wyższości albo doskonałości. Braterska pomoc jest raczej podtrzymywaniem się wzajemnie na drodze do prawdy.

Jak dotąd poruszaliśmy się w sferze moralności. Chrześcijanie sądzą, że homoseksualizm jest nieuporządkowaniem moralnym, ale nie nienawidzą homoseksualistów i ich nie dyskryminują. Co można by powiedzieć z punktu widzenia polityki i prawa? Jesteśmy - jak to już powiedzieliśmy - przeciwko wszelkiej dyskryminacji.

W oparciu o to, co już powiedzieliśmy jak wytłumaczyć opozycję względem małżeństw homoseksualnych?

W rzeczywistości chrześcijanie nie sprzeciwiają się temu, aby osoby homoseksualne wstępowały w związki małżeńskie. Sprzeciwiają się natomiast temu, aby takie osoby zawierały małżeństwa między sobą. Powodem jest społeczny charakter i funkcja małżeństwa. Łacińskie słowo matrimonium zawiera już w swojej etymologii ideę ochrony matki a więc i dziecka. Pełniąc tę funkcję małżeństwo staje się instytucją społeczną.

Związek dwóch osób tej samej płci nie może pełnić tej funkcji. Prowadzi natomiast do wynaturzenia małżeństwa i zredukowania go do związku seksualnego, który jako taki nie ma znaczenia publicznego ani społecznego i może spokojnie pozostać w sferze prywatnej.

Państwo ma prawo i obowiązek chronić rodzinę opartą na małżeństwie, ponieważ w niej rodzą się i są wychowywane dzieci. Relacje seksualne, które nie dążą do tego celu, nie mogą korzystać z takiej samej ochrony. Jeśli ograniczone są do sfery prywatnej, państwo nie sprzeciwia się im, ale też nie ma powodów, by je ochraniać. Prawo cywilne dostarcza wszystkich narzędzi potrzebnych, aby uregulować zgodnie z wolą stron takie relacje. Dzieci natomiast to obywatele przyszłości, którzy będą płacić podatki po to, by można było wypłacać emerytury i zapewnić opiekę zdrowotną ich rodzicom, a także tak wielu innym osobom, które nie chciały mieć potomstwa i wobec tego miały do dyspozycji znacznie więcej pieniędzy niż ojcowie rodzin. Rodzice inwestują w dzieci nie tylko serce ale także lwią część oszczędności. Ta kolosalna inwestycja w przyszłe pokolenie przynosi korzyści dla wszystkich, ale jej koszty ponoszą tylko rodzice. Jest jasne, że mają prawo do szczególnej ochrony prawnej.

Jak wiadomo w Grecji z wielką otwartością podchodzono do kwestii homoseksualizmu. Nigdy jednak nie myślano o tym, aby zinstytucjonalizować małżeństwo homoseksualne. Przeciwnie, Platon wzywał homoseksualistów aby wstępowali w związki małżeńskie z osobami przeciwnej płci, chociaż nie odczuwają pożądania, i  aby rodzić dzieci, które będą troszczyły się o nich w latach starości a także służyły miastu.

Ale czy nie można zapewnić prokreacji małżeństwom homoseksualnym umożliwiając im adopcję lub dzięki sztucznemu zapłodnieniu i "wynajętym" matkom? Pozostawmy na boku problem wynajęcia macicy, który jest jeszcze delikatniejszy, i skoncentrujmy naszą uwagę na adopcji. Zygmunt Freud, o którym wspominaliśmy przed chwilą, wyjaśnił, że dziecko kształtuje swoją osobowość w relacji z ojcem i matką. Elementami, których potrzebuje do tego, by dojrzewać jest dwoje rodziców różnej płci. W tej relacji dziecko rozwija świadomość własnej płciowości. Dziecko potrzebuje mamy i taty, a nie dwóch mam czy dwóch ojców.

W rzeczywistości, kiedy niektóre stowarzyszenia gayów twierdzą, że pragną małżeństwa dla homoseksualistów, chcą czegoś innego. Chcą, aby ten inny rodzaj związku też nazywany był małżeństwem. Wynik jest taki, że zaciemniają świadomość społeczeństwa, czym naprawdę jest małżeństwo. Chodzi więc nie o to, aby walczyć przeciwko małżeństwom osób homoseksualnych, ale o to, by ocalić prawdę o małżeństwie. Ważne jest dobrze zrozumieć równowagę stanowiska chrześcijan w kwestii homoseksualizmu. Homoseksualizm jest obiektywnym nieuporządkowaniem moralnym, ale homoseksualista nie koniecznie jest grzesznikiem. Jest możliwe, że będzie on przeżywał swoją kondycję, uznając ją w dobrej wierze za sprawiedliwą albo też, że nie będzie w stanie poznać prawdy o swojej kondycji z powodu uwarunkowań zewnętrznych, na jakie jest narażony. Tożsamość płciowa kształtuje się we wczesnym stadium życia i zmienić ją później jest bardzo trudno. Tożsamość płciowa leży w sferze prywatnej i wobec tego przepisy prawne nie powinny jej dotyczyć. Nie można też dyskryminować homoseksualistów z powodu ich tendencji seksualnych. Państwo jednak ma obowiązek uznać znaczenie publiczne i funkcję społeczną rodziny, opartej na małżeństwie. I powinno ją chronić.

Z jednej strony musimy dziś walczyć z homofobią, z prześladowaniem homoseksualistów i ich dyskryminacją. Z drugiej jednak nie możemy zamykać oczu na fakt, że mamy do czynienia z próbą zasadniczej zmiany kultury opartej na "tradycyjnej" rodzinie.

Wielu zwolenników ideologii homoseksualnej uważa, że homoseksualizm ma przyczyny wyłącznie biologiczne (chromosom). Teza ta jest jednak dyskusyjna i nie wydaje się naukowo uzasadniona. Nawet jeśli istnieją pewne predyspozycje biologiczne homoseksualizmu, w rzeczywistości tożsamość płciowa kształtuje się  na bazie tożsamości biologicznej, w złożonym procesie wychowania i kultury. Wszyscy przechodzimy etap kształtowania tożsamości, charakteryzujący się w pewnym sensie ambiwalencją. Wybieramy wówczas jako obiekty naszych pragnień istoty ludzkie naszej płci lub płci przeciwnej. Ten etap może trwać krótko, lub może być dłuższy. Na ogół kończy się zaakceptowaniem własnej płci biologicznej i podjęciem dorosłej odpowiedzialności. Państwo ma prawo popierać wybór stylu życia seksualnego (heteroseksualnego) za pośrednictwem środków masowego przekazu itd... Ale czy młodzi ludzie w fazie swojej formacji są wystawieni na przekaz bezstronny, zdolny ukierunkować ich w tę czy inną stronę? We Włoszech konstytucja gwarantuje pozycję rodziny opartej na małżeństwie. Ale również tam, gdzie konstytucja nie zawiera wyraźnie takiego sformułowania jest jasne że są silne przesłanki, aby chronić tradycyjną rodzinę ze względu na jej społeczną funkcję. W rzeczywistości jednak istnieje wielkie ryzyko propagowania wyborów homoseksualnych jako opcji bardziej nowoczesnej niż heteroseksualność. Zaczyna się od słusznej intencji zwalczania przemocy wobec homoseksualistów i ich marginalizacji w społeczeństwie, jednak  kończy się na propagowaniu tego stylu życia i zakazywaniu jakiejkolwiek jego krytyki.

Rezultat to upadek rodziny, spadek urodzeń, trudności z płaceniem emerytur lub pokryciem kosztów systemu opieki zdrowotnej dla starszych, a w końcu zniknięcie naszych narodów ze sceny światowej. Dlatego jest tak ważne potwierdzać prawdę o rodzinie i o małżeństwie. Tych, którzy wybierają inny model życia darząc szczerą przyjaźnią,  ale także nie pozwalając, by odszedł w zapomnienie obiektywny sens życia seksualnego i małżeństwa oraz ich podstawowa funkcja polegająca na przekazywaniu życia w rodzinie a także życia narodu.

Jak dotąd analizowaliśmy niektóre zastrzeżenia i zarzuty, jakie  zwolennicy relatywistycznej demokracji kierują przeciwko chrześcijanom, stwierdzając, że nie są oni w stanie być pełnoprawnymi obywatelami w ramach demokratycznego państwa.

Zmieńmy teraz punkt widzenia i zastanówmy się: jakie szanse na przetrwanie w dłuższej perspektywie ma relatywistyczna demokracja? Lekcja przeszłości, z tego punktu widzenia, nie jest bardzo pocieszająca. Demokracja ateńska trwała od końca szóstego do mniej więcej połowy czwartego wieku przed Chrystusem, a Platon w Republice tłumaczy nam przyczyny jej zmierzchu i upadku. Kiedy przeważa relatywizm moralny (Platon mówi o sofistach) władze polis już nie zajmują się dobrem wspólnym, przeważa prywatny interes i korupcja, rozpowszechnia się przemoc a w końcu wszyscy gotowi są iść za dyktatorem (w języku Platona: tyranem) który obiecuje przywrócić minimum porządku i poszanowania wspólnego dobra. W XX wieku widzieliśmy kryzys zarówno demokracji włoskiej w obliczu faszyzmu (1922) jak i demokracji niemieckiej w obliczu nazizmu (1933). Przebieg tych kryzysów jest bardzo zbliżony do kryzysu demokracji ateńskiej, opisanej przez Platona.

Czy nasze dzisiejsze demokracje są wolne od niebezpieczeństwa podobnego kryzysu? Pius XII zwrócił uwagę, że demokracja jest formą polityczną, która wymaga wysokiego poziomu cnót obywatelskich. Te, które kiedyś były cnotami królów muszą stać się cnotami ludu, bo w systemie demokratycznym to lud ma przecież królować. Ale kto wykształci lud w tych królewskich cnotach? System środków przekazu w naszych krajach najczęściej nie wykorzystuje swojej ogromnej władzy dla celów wychowawczych. Troszczy się raczej o to by mieć jak najwięcej  publiczności, której komunikować swoje reklamy. Telewizja buduje świat fikcyjny, nie po to jednak, by poprawiać świat. Dzięki niej  ludzkie pasje zaspakajane są w świecie fikcji, który zastępuje prawdziwy. W ten sposób można marzyć o świecie, w którym byłoby możliwe zaspokojenie wszystkich pragnień bez pracy i poświęcenia. W fikcyjnym świecie mass mediów możliwe jest kierować się impulsem chwili, a potem żyć szczęśliwie przez resztę życia. W świecie realnym, żeby mieć godne życie, trzeba umieć panować nad impulsami chwili i dążyć do prawdy. Platon pisał, że miasta które mają złą muzykę nie mogą mieć dobrej polityki. Muzyka dla Platona to nie tylko to, co my dziś nazywamy muzyką, ale wszystkie sztuki, którym patronowały Muzy (czyli mniej więcej tyle co masowy przekaz dzisiaj).

W demokracji relatywistycznej ryzykujemy, że pozwolimy na śmierć założeń fundamentalnych dla istnienia naszych społeczności. Pokolenie wychowane do poszukiwania przyjemności indywidualnej nie wchodzi w związki małżeńskie i nie ma dzieci. Dziewczynki są uczone współzawodnictwa, jak chłopcy i zachęca się je do afirmacji własnej osoby na drodze kariery. Nikt nie uczy ich już, że macierzyństwo jest nadzwyczajnym darem. Młodym chłopcom nie proponuje się już archetypu męskości który zakłada, że należy troszczyć się o kobietę i dziecko. Rezultat jest taki, że już nie zawierają związków i nie mają dzieci. W ten sposób społeczeństwo umiera. Triumfuje androginiczny mit nierozróżnienia. Nierozróżnienie jest odrzuceniem rzeczywistości, która składa się z rozróżnień jako elementów wspólnego dobra. Kiedy społeczność gwałci zasady dobra wspólnego, kara nie przychodzi z zewnątrz. Jest ona elementem aktu pogwałcenia fundamentalnych zasad. Tracąc właściwą relację między płciami doprowadzić można do tego, że ludzie umierać bedą w samotności, a narody znikną z kart  historii. Nic dziwnego bo wiele wielkich narodów zniknęło z historii i inne zajęły ich miejsce. Jest możliwe, że jutro to Chiny i Indie będą stanowić o losach świata, a Europy nie będzie. Wielki kryzys, który przeżywamy ukazuje nam jak bardzo niepewna jest kondycja naszych demokracji.

Czy kryzys Zachodu jest nieunikniony? Być może nie. Może jednak będziemy zdolni obronić nasze demokracje przed wirusem relatywizmu moralnego. Jeżeli uda nam się  ochronić rodzinę która jest kolebką kultury. Leon XIII najpierw a potem Pius XII a w końcu Jan Paweł II i Benedykt XVI wskazują kształt demokracji nierelatywistycznej demokracji zakorzenionej w prawdzie o człowieku. I z tym wyzwaniem muszą się zmierzyć młodzi Polacy i młodzi Europejczycy. Przede wszystkim trzeba wychowywać do sensu życia i poszukiwania prawdy, trzeba przekazywać chrześcijańskie wartości, które ożywiały życie narodu, dostrzegając  obecność Chrystusa w historii, która tworzy komunię Kościoła i jedność życia narodu. Trzeba też czerpać z tego doświadczenia człowieczeństwa energię potrzebną do politycznej odnowy tych, dla których polityka będzie zobowiązaniem na rzecz wspólnego dobra.

Potrzebnej dla odnowy naszej demokracji energii moralnej jest najwięcej wśród  ludu chrześcijańskiego. To w sercu tego ludu zapadają decyzje o przyszłości naszych społeczeństw. Czy ten lud będzie w stanie przejąć  królewski munus , do którego wezwaniem był między innymi Sobór Watykański II? Jeśli tak, Pan historii nie omieszka zesłać raz jeszcze Ducha, aby On odnowił oblicze tej ziemi.



 strzałka do góry