Chrześcijański Tydzień Społeczny 


  • CHTS

    CHRZEŚCIJAŃSKI
    TYDZIEŃ SPOŁECZNY

    Spotkanie, dialog na rzecz wspólnego dobra

  • CHTS

    CHRZEŚCIJAŃSKI
    TYDZIEŃ SPOŁECZNY

    Spotkanie, dialog na rzecz wspólnego dobra

  • CHTS

    CHRZEŚCIJAŃSKI
    TYDZIEŃ SPOŁECZNY

    Spotkanie, dialog na rzecz wspólnego dobra

  • CHTS

    CHRZEŚCIJAŃSKI
    TYDZIEŃ SPOŁECZNY

    Spotkanie, dialog na rzecz wspólnego dobra

  • CHTS

    CHRZEŚCIJAŃSKI
    TYDZIEŃ SPOŁECZNY

    Spotkanie, dialog na rzecz wspólnego dobra



III CHRZEŚCIJAŃSKI TYDZIEŃ SPOŁECZNY

Niezależny i samorządny Naród
Polskie społeczeństwo XXX lat po powstaniu "Solidarności".

5-7 listopada 2010. Sala BHP Stoczni Gdańskiej

Wspomnienie Grzegorza Grzelaka o Macieju Płażyńskim

Uroczysta Sesja Rady Miasta Gdańska z dnia 15 kwietnia 2010, Dwór Artusa
(tekst autoryzowany : źródło: http://www.plazynski.pl/site.php5/article/1/311.html)


Maciek miał wielu przyjaciół. Każdy z nas ma swoje własne, odrębne wspomnienia. Dlatego tak trudno o nim mówić w sytuacji kiedy tak wielu z nas go znało.

Maćka poznałem w czasach pierwszej „Solidarności”, kiedy współtworzył Niezależne Zrzeszenie Studentów. Najbardziej jednak utkwiło mi w pamięci spotkanie gdzieś w 1983 roku kiedy przyszedł do mnie z Romanem Rojkiem do Centralnego Muzeum Morskiego (gdzie pracowałem z Adamem Koperkiewiczem, obecnym szefem Muzeum Miasta Gdańska), do Żurawia i powiedział, że chce założyć spółdzielnię i że trzeba napisać statut. Poleciłem mu wówczas bliską mi osobę Wiesława Chrzanowskiego, specjalistę od prawa spółdzielczego. I tak powstała Spółdzielnia „Świetlik” a potem „Gdańsk”, dzięki której wielu z nas mogło mieć pracę i mogło jednocześnie prowadzić działalność opozycyjną nie martwiąc się o to, że tą pracę stracą.

Maciek był człowiekiem „ponad podziałami”. Kiedy w 1987 roku „młodopolacy” i „liberałowie” utworzyli Klub Myśli Politycznej im. Lecha Bądkowskiego w naturalny sposób został jego prezesem. Ale w piłkę nożną grał już zawsze w drużynie młodopolaków… W tych latach kształtował się jego patriotyzm lokalny i regionalny. A przecież urodził się na Warmii, a później był wysokim urzędnikiem państwowym, marszałkiem i politykiem ogólnokrajowym. To był taki Gdańszczanin i Pomorzanin z wyboru.

Po wyborach samorządowych w 1990 roku, kiedy zostałem szefem Sejmiku Gdańskiego, zadzwonił Olek Hall, minister w gabinecie Tadeusza Mazowieckiego i zapytał o ewentualnego kandydata na wojewodę gdańskiego. Padło nazwisko: Maciej Płażyński. Pojechałem do Spółdzielni. Spacerowaliśmy po wąskich uliczkach Suchanina. Maciek się zgodził. Powiedział tylko: muszę jeszcze tylko obronić pracę magisterską, ale to da się szybko zrobić.

To był strzał w „dziesiątkę”. Maciek zdobył sobie wielkie zaufanie całego społeczeństwa regionu. Przeprowadził głęboką komunalizację mienia państwa. Prywatyzował przedsiębiorstwa. A jednocześnie angażował się w drobne, wydawałoby się, ale konkretne sprawy: wózki dla inwalidów, książki dla szkół… . Jeździł bez przerwy po województwie i spotykał się z ludźmi. Słuchał, Maciek umiał słuchać. A potem podejmował inicjatywę. Skromny, przyjacielski, prostolinijny. Przemierzał Kaszuby, Hel, Kociewie, Żuławy. Wszędzie go znali … .

Był reprezentantem rządu, ale swoją rolę traktował jako rolę lobbysty interesów Gdańska i Pomorza wobec Centrum. A Państwo wówczas było skrajnie scentralizowane. Wspólnie wydeptywaliśmy ścieżki do różnych ministerstw. Pytał się: znasz tego?; czy tamtego? Trzeba powalczyć o te środki. W 1996 roku, kiedy go zwolniono, tutaj – na tamtych schodach – odbyła się wielka demonstracja sprzeciwu Gdańszczan i Pomorzan.

Masowe poparcie jakie uzyskał w wyborach w 1997 roku do Sejmu otworzyło mu drogę do najwyższych urzędów państwowych. Spotkałem się z nim wtedy w biurze Lecha Wałęsy, w „Żaku” (siedzibie obecnej Rady Miasta Gdańska), gdzie przesiadywał ze Sławkiem Rybickim i Maćkiem Kazienko. Mówiłem mu: powinieneś zostać szefem Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, jesteś świetnym organizatorem, masz doświadczenie w administracji publicznej, a poza tym to … nadzór nad samorządem terytorialnym i przyszła reforma regionalna. Musimy zbudować „duże Pomorze”, Nadwiślańskie, od Gdańska do Torunia. Ale nie pchał się, niczego nie żądał; został marszałkiem, bo mu to zaproponowano.

Teraz spotykaliśmy się w jego gabinecie sejmowym, gdzie organizował spotkania gdańskich posłów i samorządowców.

Był współtwórcą Platformy, do której wielu z nas przyciągnął. Kiedy odchodził, wielu go nie rozumiało; sam nad tym ubolewał. Tłumaczył się gwałtownie także i mnie i rysował plan nowego ugrupowania centroprawicowego. Bardzo to przeżył. Pozostał niezależny, odrębny, a od 2008 roku bez reszty zaangażował się we Wspólnotę Polską i sprawy Polaków (a także dzieci polskich) na Wschodzie. Lubił sprawy konkretne.

Maciek był patriotą polskim, prawdziwym mężem stanu, ale także patriotą lokalnym i regionalnym. Ciągle szybko, ciągle biegnąc, przemierzał, niezależnie od pogody tylko w marynarce albo i bez, miasta i gminy naszego regionu. Jak mówi jego kolega z boiska, Andrzej Kowalczys, był nie do zdarcia. Podziwiałem Elżbietę, że wytrzymywała to ciągłe napięcie i tempo życia.

I nagle cisza, pustka… . Basia Szczepuła napisała: Panie Marszałku Płażyński, Rzeczpospolita Cię potrzebuje, a Ty się nie zrywasz … .

Kiedy myślę o nim i o Aramie, innym moim przyjacielu, trzymam się jednak tej myśli księdza Twardowskiego, którą odświeżyła mi we wtorek moja żona:

„ Nikt nie umiera naprawdę
- w chwili śmierci wymyka się naszym oczom
- idzie do Boga”.

Źródło : http://www.plazynski.pl
Zjęcie: archiwum Europejskiego Domu Spotkań - Fundacji Nowy Staw

Życiorys Macieja Płażyńskiego - więcej



 strzałka do góry